Komputery, oprogramowanie, internet i okolice
Kategorie: Wszystkie | Aplikacje | Blog | Dev | Hacks | Linux | Subversion | Varia | gry | khoomei | książki | mjuzik
RSS

Aplikacje

wtorek, 14 czerwca 2011

Niedawno wrzucałem na Buzzie linka do poniższego wykładu z TED Talks. Eli Pariser wskazuje na poważny problem jakim jest stosowanie przez serwisy takie jak Facebook, czy Google "inteligentnych" mechanizmów filtrujących, które bez wiedzy użytkownika decydują jakie treści zostaną mu pokazane. Temat nie dawał mi spokoju... Dziś przeglądając sobie RSSy zdałem sobie sprawę, że przecież sam, zupełnie dobrowolnie zamknąłem się w takiej bańce. RSSowej bańce.


TED Talks - Eli Pariser: "Beware online "filter bubbles"

Muszę przyznać, że z RSSów korzystam namiętnie od momentu gdy tylko je poznałem. I zawsze byłem ich wielkim orędownikiem. W końcu mogłoby się zdawać, że RSSy to same plusy. Przecież dzięki nim jest szybko, wygodnie i przede wszystkim czytelnie. W czytniku wszystko jest ładnie poukładane, zawsze pod ręką, pod pełną kontrolą. A co najważniejsze nic nie ginie i nie sposób przeoczyć nowości bez potrzeby ręcznego sprawdzania dziesiątek serwisów i blogów. Nic tylko czytać i chłonąć informacje. Ale im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej mam wrażenie, że paradoksalnie RSSy tak naprawdę od informacji odcinają i utrudniają poznawanie nowych rzeczy. Już tłumaczę dlaczego.

Z początku rzeczywiście wydaje się, że jest to rozwiązanie prawie idealne. Dzięki ogromnej oszczędności czasu można sobie pozwolić na śledzenie o wiele większej liczby źródeł niż dotychczas. Liczba nowo subskrybowanych kanałów w czytniku rośnie więc lawinowo. Szybko jednak pojawiają się pierwsze problemy ze zbyt dużą ilością nadchodzących informacji. Czy to nam się podoba czy nie doba ma tylko 24 godziny, a nasze zdolności przyswajania nowych treści są ograniczone. Wyjście jest tylko jedno - selekcja. W efekcie w czytniku pozostają tylko najlepsze źródła, serwujące treści które najbardziej nas interesują, w sposób, który najbardziej nam się podoba. I tak ilość kanałów będzie utrzymywać się na względnie stałym poziomie (odrobinę powyżej naszych zdolności przerobowych). Od czasu do czasu dodamy coś nowego, od czasu do czasu zrobimy małe porządki, ale na jakieś większe rewolucje nie ma już czasu.

I tu właśnie problem bańki RSSowej zaczyna dawać o sobie znać. Nieprzerwany strumień nowych treści powoduje, że przestajemy aktywnie szukać nowych rzeczy. No bo po co. W końcu wybraliśmy najlepsze znane nam źródła, a czasu ledwo starcza na bieżące czytanie tego co już jest. I rzeczywiście, póki strumień treści pozostaje nieprzerwany problemu aż tak się nie odczuwa. Jednak po roku, dwóch, góra trzech nagle okazuje się, że tak na prawdę nie ma już czego czytać. Stwierdzamy, że spora część serwisów, a blogów w szczególności, już nie jest tak ciekawa jak kiedyś. Część gdzieś po drodze zmieniła swój profil, część jest aktualizowana bardzo rzadko, a część już dawno umarła śmiercią naturalną. O ewolucji naszych własnych zainteresowań już nawet nie wspominam. Przy dobrze ponad setce subskrybowanych kanałów obniżenie poziomu, czy częstotliwości wpisów na pojedynczym blogu jest prawie niezauważalne. Lampka ostrzegawcza włącza się dopiero, gdy człowiek zdaje sobie sprawę, że z całego folderu tematycznego niewiele już pozostało. A wtedy już jest za późno.

Na to nakłada się drugi problem - zamknięcie się w samej aplikacji. Zauważyłem, że tak bardzo przyzwyczaiłem się do wygody jaką daje mi Google Reader, że większość treści czytam bez przechodzenia na stronę źródłową, wyłącznie w czytniku. I tak stopniowo odciąłem się od komentarzy, blogrolli, całej okołoserwisowej / okołoblogowej otoczki. A więc wszystkiego tego co może być źródłem inspiracji do poszerzania horyzontów i poszukiwania nowych źródeł ciekawych treści.

A miało być tak pięknie... Teraz trzeba będzie na nowo nauczyć się znajdować ciekawe blogi i serwisy.

niedziela, 16 stycznia 2011

Czytając tu i ówdzie krytyczne uwagi o projektach powstałych w ramach działania 8.1 programu POIG można odnieść wrażenie, że to głównie wyrzucanie pieniędzy w błoto. Na szczęście pojawiają się też naprawdę ciekawe serwisy mające spore szanse na sukces. Jeden z nich chciałbym wam dziś zaprezentować.

eTutor.pl

eTutor.pl

eTutor to internetowy, multimedialny kurs języka angielskiego. Mimo, że jestem raczej sceptycznie nastawiony do wszelkich kursów korespondencyjnych, to muszę przyznać, że serwis robi bardzo pozytywne wrażenie. Do dyspozycji jest 150 lekcji dla różnych poziomów zaawansowania. Zawierają one listy słówek (okraszonych zdjęciami), nagrania wideo i audio, gramatykę, wypracowania i testy. Do tego system powtórek i wiele różnych ćwiczeń, w których spory nacisk położony jest na rozumienie ze słuchu.

Szczerze powiedziawszy mam wątpliwości, czy kurs internetowy może zastąpić normalne kursy językowe. Nie ukrywajmy, brak tu bezpośredniego kontaktu z lektorem, brak interakcji i rywalizacji z innymi kursantami (rankingi użytkowników i forum to tylko namiastka). Na pewno jednak będzie to bardzo interesujące uzupełnienie innych metod. Podejrzewam, że może się też sprawdzić w przypadku osób, które kiedyś już uczyły się języka angielskiego i potrzebują solidnej powtórki by przypomnieć sobie słownictwo i osłuchać się trochę z językiem.

Jeśli ktoś chciałby się osobiście przekonać jaka jest skuteczność eTutora może wziąć udział w konkursie i wygrać kod dostępu.

Diki.pl

Diki.pl

Drugim serwisem, który chciałbym polecić jest Diki. To "gadający" słownik polsko-angielski i angielsko-polski. Jest on całkowicie darmowy i dostępny dla każdego (a użytkownicy eTutora mają dodatkowo możliwość zintegrowania słownika z systemem powtórek). Podobnie jak w wyżej opisywanym serwisie tu też jest bardzo multimedialnie. Oprócz podanego znaczenia słowa i przykładów użycia w zwrotach i zdaniach, dostępne są nagrania z poprawną wymową (czytane przez lektorów), oraz obrazki dla wzrokowców. Podczas moich testów słownik sprawował się bardzo dobrze i wydaje się być ciekawą alternatywą dla innych internetowych słowników.

Jako bonus dostajemy listę edukacyjnych podcastów, oraz opis jak dodać wyszukiwarkę słówek do przeglądarki.

Nie byłbym jednak sobą gdybym się do czegoś nie przyczepił. Mój główny zarzut to brak informacji o źródłach i/lub autorach opracowanych na potrzeby słownika haseł. Wydaje mi się, że w serwisie bądź, co bądź edukacyjnym jest to informacja bardzo istotna, mająca wpływ na wiarygodność serwisu i ocenę jego wartości merytorycznej. Drugim poważnym problemem jest brak informacji o źródle wyświetlanych przy hasłach zdjęć i obrazów.

Jeszcze kilka uwag mam, jednak... nie chcę psuć zabawy. Bo to właśnie propozycje zmian w słowniku Diki są tematem konkursu.

Regulamin konkursu

  • Organizatorem konkursu jest serwis Diki.pl.
  • Do wygrania są 4 kupony do serwisu eTutor o wartości 160 zł. Kupon z kodem zostanie przesłany pocztą (może więc być użyty jako prezent), lub na życzenie dostarczony mailem.
  • By wziąć udział w konkursie wystarczy w komentarzu do tego wpisu odpowiedzieć na pytanie: W jaki sposób Diki.pl mógłby zostać ulepszony?
  • Jako, że Blox nie wymaga podania adresu email przy wysyłaniu komentarzy, a muszę mieć jakiś kontakt ze zwycięzcami proszę o podanie kontaktowego adresu email w treści komentarza z propozycją. Jeśli ktoś nie chce publicznie podawać adresu niech wyśle jeden komentarz z propozycją, a drugi z adresem (na czas konkursu włączona zostanie moderacja komentarzy).
  • Termin nadsyłania komentarzy z propozycjami zmian w Diki mija w przyszłą niedzielę (23 stycznia) o północy.
  • Wraz z organizatorem konkursu wybiorę 4 najlepsze propozycje. Lista zwycięzców zostanie ogłoszona w komentarzu pod tym wpisem.
  • Listę adresów mailowych zwycięzców przekażę organizatorowi i to on będzie odpowiedzialny za dostarczenie nagród.

Nie pozostaje mi już nic innego jak zaprosić do zapoznania się z serwisem i przysyłania propozycji do konkursu!

wtorek, 23 listopada 2010

Od zawsze powtarzam, że to komputer jest dla człowieka, a nie człowiek dla komputera. Inaczej mówiąc psim obowiązkiem każdego programu i serwisu jest być nie tylko skutecznym, ale i wygodnym. No dobra, ale co to tak na prawdę znaczy "wygodny" w przypadku oprogramowania? O ile skuteczność dość łatwo zdefiniować, tak z wygodą już nie jest tak prosto.

Wygodnie, czyli jak?

Pracując na komputerze ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest siłowanie się z używanym narzędziem. Nie chcę zmagać się z nieintuicyjnym interfejsem. Nie chcę szukać okrężnych sposobów na wykonanie zdawałoby się banalnej operacji, o której jednak twórcy programu nie pomyśleli. Nie chcę wykonywać żadnych czynności w sposób dla mnie zupełnie nieintuicyjny i/lub przeczący zdrowemu rozsądkowi. Nie chcę klikać ani ruszać myszką więcej niż jest to absolutnie konieczne. Nie chcę być zmuszany do podejmowania decyzji w sprawach, które zupełnie mnie nie obchodzą. Z drugiej zaś strony nie chcę być pozbawiony prawa do decyzji w sprawach, które są dla mnie istotne.

Dla mnie wygodny program to taki, którego w czasie pracy po prostu nie zauważam. Jedyne co ma robić to ułatwiać mi wykonanie wszystkich zadań, w sposób w jaki to ja sobie zaplanowałem i do jakiego to ja jestem przyzwyczajony. Tylko tyle i aż tyle. Musi pozwolić mi skupić się nad tym co chcę zrobić, a nie nad tym jak to zrobić. A jest to możliwe tylko wtedy gdy w pełni współpracuje z użytkownikiem, a nie działa wbrew niemu.

Sprawa mogłaby się więc wydawać prosta, jednak trzeba pamiętać, że dla różnych osób i w różnych sytuacjach wygoda oznaczać może zupełnie różne rzeczy. Ja wyróżniłbym dwa skrajne sposoby na osiągnięcie wygody.

Prostota i minimalizm

Pierwszy przypadek to zachowanie maksymalnej prostoty. W końcu im mniej funkcji i udziwnień, tym mniejsza szansa, że coś zostało zepsute. Jak również im mniej funkcji, tym mniej decyzji jakie musi podejmować użytkownik (zarówno podczas użytkowania, jak i konfiguracji programu) i krótszy czas nauki obsługi i przyzwyczajania się.

Przykładem może tu być komunikator Pidgin, czy też produkty Google - poczta GMail, czy przeglądarka Chrome. Zawierają tylko i wyłącznie najbardziej podstawowe i najistotniejsze funkcje. W zasadzie wystarczy je włączyć i praktycznie od razu można efektywnie z nimi pracować. Co również istotne praktycznie nie trzeba sobie zaprzątać głowy ich konfiguracją.

Można by się tu też pokusić o przywołanie Zasady Pareto - czyli program udostępnia 20% funkcji używanych przez 80% użytkowników, przez 80% czasu pracy z danym narzędziem. Jeśli tylko wystarczy nam te 20% funkcjonalności, a interfejs jest dla nas dostatecznie intuicyjny, zapewne dany program uznamy za wygodny. I nie ma tu znaczenia czy ktoś jest początkującym użytkownikiem, czy też najzwyczajniej w świecie nie przyjmuje zbyt dużej wagi do narzędzia, jedynie chce by dobrze działało.

100% kontroli

Zupełnie inaczej sprawa wygląda, gdy w perspektywie mamy setki godzin pracy z danym programem. Wtedy 20% funkcjonalności na pewno nam nie wystarczy. Często nawet 100% będzie mało. Tu nie ma już miejsca na kompromisy. Albo jest tak jak tego chcemy, albo szukamy innego narzędzia. Pełna kontrola, nawet nad najdrobniejszymi szczegółami staje się nieodzowna. Tydzień (lub dwa) spędzony na czytaniu dokumentacji, poznawaniu różnych trików i przygotowywaniu wypieszczonego do granic możliwości pliku konfiguracyjnego absolutnie nie jest czasem straconym. To inwestycja, która zwróci się bardzo szybko, bo pozwala oszczędzić zarówno czas, jak i nerwy.

W przypadku dajmy na to środowiska programistycznego (obojętnie czy mowa tu o IDE, czy o zaawansowanym edytorze tekstu i jego dodatkach) każda, nawet zdawałoby się drobna niedogodność może stać się w dłuższym okresie czasu bardzo irytującym problemem. Problemem poważenie spowalniającym pracę, obniżającym produktywność, podnoszącym poziom frustracji do poziomu, w którym zaczynamy myśleć o rozbiciu monitora za pomocą klawiatury.

Każdy dłużej obcujący z komputerami na pewno ma tego typu programy. Czy to przeglądarka (kochany Firefox z Vimperatorem), wspomniane środowisko programistyczne (Vim, my precious), klient poczty, grup dyskusyjnych (jak sobie przypomnę czasy slrn'a), menadżer plików, czy menadżer okien. Istotne mogą się nawet okazać dorobne zmiany układu klawiatury. To wszystko sprawia, że praca na komputerze staje się prawdziwą przyjemnością.

Granice wygody...

Gdy już uda nam się wybrać najlepsze narzędzia, skonfigurować je w 150% pod swoje potrzeby może się okazać, że wcale nie jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Owszem, gdy tylko pracujemy na swoim komputerze wszystko jest w więcej niż najlepszym porządku. Wystarczy jednak, że zmuszeni jesteśmy pracować w innym środowisku, bez dostępu do ulubionych narzędzi i naszych konfiguracji...

Tak... Nagle sielanka zamienia się w koszmar. Paradoksalnie przez dążenie do ekstremalnej wygody wpadamy w niebezpieczną pułapkę. Okazuje się, że tak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do wypracowanych przez nas rozwiązań, że nie jesteśmy już w stanie normalnie pracować na domyślnych ustawieniach, czy też z innymi niż nasze narzędziami.

No bo kto pomyślał, że trzeba sięgać co chwilę po myszkę w trakcie używania przeglądarki internetowej. Tam pal licho przeglądarkę, w trakcie pisania kodu! Pisania! To niewyobrażalne ile trzeba wykonać zbędnych czynności by, dajmy na to, rozpocząć pisanie linijkę wyżej przy zachowaniu wcięć (Home, Enter, strzałka w górę, zamiast po prostu nacisnąć "O"). Już nie wspomnę o braku możliwości zaznaczania dowolnego miejsca w kodzie, pojedynczym schowku, utrudnionym wyszukiwaniu i o tym jak beznadziejnie zaznacza się fragmenty kodu przeskakując strzałkami - znak, po znaku, słowo, po słowie...

piątek, 18 czerwca 2010

Od pewnego czasu chodził mi po głowie pomysł na bloga. A raczej na takiego tyci bloga. Zbyt małego jak na tradycyjną platformę blogową z jednej strony, a nie mieszczącego się w ograniczeniach mikroblogów z drugiej. Potrzebowałem czegoś pomiędzy tymi dwoma rozwiązaniami - czegoś lekkiego, szybkiego i nowoczesnego.

Tumblelog

Soup.io vs tumblr.com

Tym czego szukałem są tak zwane tumblelogi. Przykładami mogą być serwisy takie jak Tumblr i Soup.io. Pozwalają na wrzucenie krótkich tekstów, zdjęć i obrazów, filmów, odnośników, cytatów. Co najwyżej okraszonych krótkim komentarzem. Tylko tyle i aż tyle. Jednak mimo swego minimalizmu zachowują formę bloga. Co dość ważne dla mnie, w przeciwieństwie do typowych mikroblogów, efekt naszej działalności na takim tumblelogu może być traktowany jako samodzielny byt.

Ale którą platformę wybrać, która jest lepsza? Niestety, jako że nie udało mi się znaleźć wyczerpującego porównania, postanowiłem przeprowadzić testy samemu.

Soup.io

Na pierwszy ogień poszedł serwis Soup.io. Kilka zupek od czasu do czasu tu przeglądam i już kiedyś zastanawiałem się nad założeniem własnej do składowania różnych głupotek. Oto wrażenia:

  • Jeszcze niedawno można było przetestować Soup.io bez potrzeby rejestracji, niestety już tak się nie da. Brak też jakiegoś spisu możliwości, dokumentacji, czy FAQ. Może to zniechęcić potencjalnych użytkowników, którzy nie chcą się od razu rejestrować.
  • Trzy słowa: minimalizm, prostota, szybkość.
  • Praktycznie wszystko jest pod ręką i wystarczą 2-3 kliki by zrobić to co chcemy. Wszystko to dzięki dużej dawce AJAXu.
  • Niestety mamy mały wybór skórek, nie widzę też żadnej oficjalnej biblioteki. Dla ambitnych pozostaje ręczna zabawa z CSS (i tylko CSSem, kodu HTML zmienić nie możemy).
  • Za to niezależnie od wybranego stylu mamy łatwą możliwość włączania i wyłączania różnych elementów (opisy, listy znajomych, nasz awatar, daty wpisów, etc).
  • Praktycznie nie możemy dodać niczego niestandardowego (możliwe, że się da coś dodać w pole opisu i potem ostylować). Nie ma też stron statycznych.
  • Importować dane możemy z bardzo dużej ilości serwisów - świetna sprawa, jeśli ktoś chce traktować zupę jako life-stream.
  • W zakładce eksportu widzę tylko Facebooka. Gdzie Twitter ja się pytam, gdzie inne serwisy...
  • Brak możliwości dodania komentarzy (tylko tak zwane reakcje).
  • Możliwość tworzenia grup - zachowują się podobnie jak prywatne zupy, z tą różnicą, że mogą być prowadzone przez wiele osób jednocześnie.
  • Brak API... Jak to możliwe, że webdwazerowy serwis nie ma API?!?
  • Jeśli to dla kogoś ważne i chciałby wspierać naszych to dodam, że Soup.io to serwis europejski.
  • Niestety zdarzają się problemy z wydajnością serwisu. Czasem pojawiają się błędy, obrazki potrafią się długo wgrywać.

Tumblr

Od Tumblr.com chyba wszystko się zaczęło. Jest to też chyba najpopularniejsza platforma tego typu. Oto moje wrażenia:

  • Strona główna serwisu robi bardzo dobre wrażenie - jest lista funkcjonalności, dział pomocy, katalog blogów, informacje o samym Tumblerze.
  • Po zalogowaniu pierwsza myśl to "trochę to wszystko skomplikowane". Mamy osobny panel administracyjny, osobna strona do ustawiania wyglądu, od strony administracyjnej wygląda to bardziej jak klasyczny blog.
  • Skórek jest mnóstwo i to bardzo różnych, każdy znajdzie coś dla siebie.
  • W dodatku można do woli zmieniać zarówno CSS, jak i kod HTML strony, co daje bardzo duże możliwości modyfikowania wyglądu, jak i umożliwia dodawanie własnych elementów (np. różne widgety, skrypty).
  • Jeśli komuś jeszcze mało to można dodawać strony statyczne.
  • Lista serwisów, z których można importować wpisy nie jest tak duża jak w przypadku Soup.io, wystarczy jednak, że serwis udostępnia kanał RSS.
  • Eksportować można zarówno na Facebooka, jak i na Twittera. Co dość ważne dla osób, które będą chciały podpiąć bloga pod Buzza kanał RSS Tumblera wykorzystuje PubSubHubbub (czyli wpisy będą pojawiać się na Buzzie w czasie rzeczywistym).
  • Bardzo podoba mi się możliwość dodawania wpisów ze wsteczną datą, określenia daty, kiedy wpis ma zostać opublikowany, jak i utworzenie kolejki wpisów (z której wpisy mogą być automatycznie dodawane w wybranych odstępach czasu). Można też zapisywać szkice wpisów.
  • Jest możliwość uruchomienia komentarzy z użyciem Disqus.
  • Można wykorzystać Feedburner do obsługi kanału RSS.
  • Podoba mi się możliwość udostępnienia innym formularza, przez który można podsyłać materiały, czy też zadać pytanie.
  • Można zapraszać innych użytkowników do prowadzenia bloga. Nie dotyczy to jednak podstawowego bloga, jedynie kolejne, trochę z tym namieszali...
  • Jest katalog różnych dodatków i programów (w tym aplikacje dla iPhone'a, Blackberry i innych telefonów).
  • Co dość ważne jest dostępne API.

Cechy wspólne

Oba serwisy pozwalają na:

  • Dodawanie treści za pomocą skryptozakładki, jak i za pomocą e-maila.
  • Tagowanie wpisów.
  • Użycie własnej domeny.
  • Ustawienie dostępu do bloga i jego widoczności.
  • Pozwalają na uspołecznienie bloga - tworzenie listy znajomych, ponowne udostępnienie wpisów u siebie, etc.

Werdykt

Wybór prosty nie jest. Jeśli chciałbym stworzyć takiego mini bloga na różne śmiesznostki znalezione w sieci to pewnie wybrałbym Soup.io (choć brakuje strasznie API i PubSubHubbub). Jednak w projekcie, który chcę uruchomić Tumblr powinien sprawdzić się o wiele lepiej. I tak muszę wcześniej opracować materiały, więc te kilka dodatkowych klików nie jest dla mnie problemem. Za to większe możliwości modyfikacji bloga oraz możliwość określenia daty publikacji wpisów to jest to co mnie przkonało.

piątek, 04 czerwca 2010

Pod Buzza można podpiąć wiele różnych serwisów - bloga, Google Readera, YouTube'a, konto na Twitterze i by wymienić tylko kilka usług. Czy zastanawialiście się kiedyś, co się stanie gdy postanowicie usunąć raz ustawioną witrynę pokrewną? Co się stanie z buzznięciami pochodzącymi z tego źródła? Czy nadal będą widoczne, a jeśli tak to dla kogo? Co z dyskusjami jakie się pod nimi wywiązały? Postanowiłem to sprawdzić wykonując mały eksperyment.

Ustawienia witryn pokrewnych w Google Buzz

Upublicznienie witryny prywatnej

  1. Dodaję witrynę jako prywatną.
  2. Publikuję buzznięcie, ma status Prywatne.
  3. Buzznięcie jest niewidoczne na profilu, w Gmailu widzą je tylko członkowie grupy.
  4. Zmieniam ustawienie witryny na publiczna.
  5. Publikuję nowe buzznięcie, ma status Publiczne.
  6. Nowe buzznięcie widoczne jest zarówno na profilu, jak i w Gmailu u wszystkich osób, które mnie obserwują.
  7. Buzznięcie wykonane w kroku 2. nadal ma status Prywatne i jest widoczne jedynie dla członków grupy.

Usunięcie witryny publicznej

  1. Dodaję witrynę jako publiczną.
  2. Publikuję buzznięcie, ma status Publiczne.
  3. Buzznięcie jest widoczne zarówno na profilu, jak i w Gmailu u wszystkich osób, które mnie obserwują.
  4. Usuwam witrynę z witryn pokrewnych.
  5. Buzznięcie znika z profilu.
  6. Buzznięcie nadal jest widoczne w gmailu u wszystkich osób, które mnie obserwują.
  7. Osoby, które rozpoczynają mnie obserwować po zmianie statusu witryny nie widzą w Gmailu buzznięcia.

Przywrócenie usuniętej witryny

  1. Ponownie dodaję witrynę jako publiczną.
  2. Publikuję nowe buzznięcie.
  3. Nowe buzznięcie widoczne jest zarówno na profilu, jak i u obserwujących.
  4. Osoby, które rozpoczynają mnie obserwować widzą tylko nowe buzznięcie.
  5. Osoby, które obserwowały mnie cały czas widzą oba buzznięcia.

Zamiana witryny publicznej w prywatną

  1. Dodaję witrynę jako publiczną.
  2. Publikuję buzznięcie, ma status Publiczne.
  3. Buzznięcie jest widoczne zarówno na profilu, jak i w Gmailu u wszystkich osób, które mnie obserwują.
  4. Zmieniam ustawienie witryny na prywatną.
  5. Buzznięcie znika z profilu.
  6. Buzznięcie nadal jest widoczne w gmailu u wszystkich osób, które mnie obserwują.
  7. Osoby, które rozpoczynają mnie obserwować po zmianie statusu witryny nie widzą buzznięcia w Gmailu.
  8. Publikuję nowe buzznięcie, ma status Prywatne.
  9. Buzznięcie widoczne jest tylko w Gmailu u członków grupy.

Przywrócenie dostępu publicznego

  1. Ponownie ustawiam witrynę jako publiczną.
  2. Na stronie profilu pojawia się poprzednio opublikowane buzznięcie publiczne (to które zniknęło).
  3. Osoby, które rozpoczynają mnie obserwować widzą w Gmailu poprzednie buzznięcie.
  4. Opublikowane przed ponowną zmianą buzznięcie prywatne pozostaje widoczne jedynie dla członków grupy.
  5. Publikuję kolejne buzznięcie.
  6. Jest widoczne zarówno na profilu, jak i w Gmailu u osób obserwujących.

Inne uwagi

  • Nawet jeśli usuniemy witrynę publiczną, lub zmienimy jej status na prywatną, to buzznięcie, które za jej pomocą publikowaliśmy nadal można znaleźć z użyciem wyszukiwarki wbudowanej w Buzza. Mimo, że już są niewidoczne na naszym profilu.
  • Zmiana ustawień wpływa tylko na to co widać na profilu. Osoby, które nas obserwowały, czy też komentowały nie zauważą żadnej zmiany.
czwartek, 03 czerwca 2010

Od premiery Google Buzz minęło ledwie kilka miesięcy, a ja właśnie zauważyłem, że wpadłem w niego po uszy. Dlaczego? Dobre pytanie... Zwłaszcza, że większość błędów o których już kiedyś pisałem nie została naprawiona. A mimo wszystko ostatnio więcej czasu poświęcałem na dyskusje na Buzzie, niż na pisanie nowych wpisów na blogu.

Buzz... czyli co?

Łatwiej chyba wytłumaczyć czym według mnie Buzz nie jest. Mianowicie na pewno nie jest mikroblogiem. Od klasycznych mikroblogów różni go praktycznie wszystko. Czy tego chcemy, czy nie, limit 140/160 znaków bardzo silnie wpływa na sposób wyrażania myśli, narzuca używanie skrótów myślowych, uproszczeń. Pisząc na Twitterze, czy Blipie tak się tego nie odczuwa, człowiek przyzwyczaja się do tej wymuszonej zdawkowości i po pewnym czasie zaczyna myśleć w 160 znakach.

Na Buzzie, zamiast zastanawiać się, czy zmieścimy się w limicie znaków, można skupić się na tym co chcemy przekazać, czym chcemy się podzielić. Nie trzeba ograniczać się do prostych komunikatów typu: robię to i owo, obejrzałem/przeczytałem i polecam, mam problem z tym i tym, wpadłem na jakiś pomysł. Bez problemu opiszemy bardziej złożone kwestie, przedstawimy naszą argumentację, opiszemy powody dla których coś uważamy za warte polecenia. Jeśli do tego dodamy proste formatowanie tekstu i możliwość dołączania klipów wideo, zdjęć, czy odnośników do innych stron uzyskamy takiego "prawie bloga", coś na wzór tumblra, czy soupy. Jednak fakt wbudowania Buzza w Gmaila oraz sposób prezentacji (a zwłaszcza sposób sortowania) sprawiają, że czyjejś aktywności na Buzzie blogowaniem również nazwać nie można.

Niekończące się dyskusje

Na mikroblogach pojedynczy status jest w zasadzie zamkniętą całością. Owszem, można się do niego odnieść, można próbować dyskutować (czy to wysyłając wiadomości skierowane, czy to używając cytowań i wzmianek o danej osobie), jednak jest to dosyć utrudnione. Śledzenie dyskusji, zwłaszcza z kilkoma osobami na raz, które w dodatku nie obserwują siebie nawzajem, może być prawdziwym wyzwaniem.

Na Buzzie wygląda to zupełnie inaczej. By coś skomentować nie trzeba nigdzie się dodatkowo logować, wystarczy jedno kliknięcie. W każdym momencie możemy też przejrzeć całą dotychczasową dyskusję. Co najważniejsze komentować może praktycznie każdy, nie tylko obserwujący autora (zawsze można komentować w Buzzie na stronie profilu Google). W dodatku, dzięki sposobowi sortowania buzznięć, zawsze jesteśmy na bieżąco i żadna nowa wypowiedź nam nie zginie. W efekcie pojedyncza wypowiedź nie jest li tylko komunikatem, lecz staje się zaproszeniem do dyskusji.

Ta "dyskusjogenność" Buzza sprawia, że przypomina on trochę fora, czy grupy dyskusyjne. Coś jak stary, dobry Usenet, z długaśnymi wątkami, które z każdą kolejną wypowiedzią oddalały się od początkowego tematu. Bo dyskusja, niejednokrotnie jest o wiele ciekawsza niż wpis, który był do niej impulsem. Zwłaszcza jeśli zgromadzi się w jednym miejscu wielu ciekawych komentatorów.

Ciekawi ludzie

Tak to chyba najważniejszy aspekt buzzowania. Sam na Buzzie obserwuję ledwie garstkę osób. Mimo to, dzięki dyskusjom pod ich wpisami, miałem już okazję poznać naprawdę wielu bardzo interesujących ludzi, z którymi można podyskutować na tematy wszelakie. Gdyby nie oni, prawdopodobnie szybko z Buzza bym zrezygnował. Może miałem szczęście trafić na właściwe osoby, cieżko powiedzieć. Na pewno może być to problemem na samym początku, szczególnie dla osób nietechnicznych, które nie prowadzą blogów, które nigdy nie mikroblogowały.

Zwłaszcza, że jest sporo osób, które idą na łatwiznę i cała ich buzzowa aktywność to zaciąganie treści z Twittera, kanału RSS bloga, czy wrzucanie przypadkowych wpisów z Google Readera. Nie widzę jednak powodów by nimi się zajmować. O wiele ważniejsza jest obecność całkiem sporej grupy osób bardzo aktywnych, o wiele aktywniejszych niż na Blipie, czy Twitterze. Jeśli już takie osoby uda się znaleźć, to potem jest już z górki - wystarczy od czasu do czasu zerknąć co też piszą komentatorzy pod ich buzznięciami.

P.S. A gdyby ktoś chciał zerknąć co też tam buzzuję to zapraszam serdecznie.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Dzisiaj Google wprowadziło gadżet, na który wielu bloggerów czekało od dawna - przyciski Google Buzz, dzięki którym czytelnicy mogą napisać na Buzzie o czytanej właśnie notce. Wcześniejsze rozwiązania, jak na przykład przyciski Buzrr.com wykorzystywały mechanizm polecania wpisów w Google Readerze. Teraz można już wysyłać bezpośrednio na Buzza.

Wygląd przycisku

Narzędzie służące do wygenerowania kodu HTML przycisków można znaleźć pod adresem google.com/buzz/stuff Obecnie mamy do wyboru jedynie przyciski do publikacji wpisów oraz przycisk śledzenia użytkownika, jednak adres sugeruje, że to dopiero początek dodatków dla Buzza.

Po wybraniu przycisku do publikacji w Buzz dostępnych jest kilka różnych wersji do wyboru:

Przycisk Google Buzz

Odpowiedni kod HTML zostanie wygenerowany w polu tekstowym poniżej.

Instalacja przycisku na Blox

Instalacja jest banalnie prosta. Wystarczy przejść do panelu administracyjnego Blox, wejść w Ustawienia, wybrać Wpisy, a następnie wkleić wygenerowany kod w pole Dodaj pod każdym wpisem. By ułatwić właściwe ostylowanie dobrze jest dodać unikalny atrybut, na przykład id="przycisk_buzz"

<a id="przycisk_buzz" title="...

Teraz podczas edycji CSS możemy odwoływać się do przycisku Google Buzz za pomocą #przycisk_buzz, by ustalić jego dokładne położenie.

Efekt można zobaczyć pod poniżej (na stronie wpisu). A tutaj możecie przeczytać jak zainstalować przycisk RE.BLIPI, który znajduje się tuż obok.

Skryptozakładka "Publikuj w Google Buzz"

Przy okazji przygotowałem skryptozakładkę (czyli fragment kodu Javascript uruchamianego jako zakładka). Wystarczy przeciągnąć poniższy odnośnik do paska zakładek (lub po prostu dodać wskazany adreso-skrypt jako zakładkę):

Publikuj w Google Buzz

Teraz po kliknięciu w zakładkę powinno otworzyć się okienko dodawania nowego buzznięcia. Działa w Firefoxie, Chrome i Operze.

środa, 07 kwietnia 2010

Do Vima podchodziłem już wiele razy. Po raz pierwszy zakończyło się jak w starym kawale1, zupełnie spanikowałem gdy żaden ze znanych mi skrótów klawiaturowych nie działał jak należy. Potem próba zrobienia tutoriala, dobrnąłem może do połowy. Jakiś czas później kolejna i kolejna. Z jednej strony przerażała mnie wizja nauki tych wszystkich dziwnych komend, z drugiej coś niesamowicie mnie w Vimie fascynowało i przyciągało. Wiedziałem, że w końcu uda mi się go zrozumieć, a może nawet pokochać.

Dawno, dawno temu...

ASR33
Zdjęcie autorstwa DanCentury na licencji CC-BY-SA

Dawno temu, gdy komputer zajmował spory pokój, a dinozaury chodziły po ziemi, do obsługi komputera używano dalekopisów (TeleTYpe). Użytkownik wpisywał na klawiaturze odpowiednie komendy, a komputer za pomocą drukarki wypluwał odpowiedź. Właśnie z myślą o takim sposobie komunikacji z komputerem powstawały wierszowe edytory tekstu. Wierszowe, gdyż pracowało się z nimi na pojedynczych liniach tekstu.Takim właśnie edytorem był napisany na przełomie 1965 i 1966 roku QED.

Na jego podstawie Ken Thompson napisał edytor ed, standardowy edytor tekstowy systemu UNIX. To właśnie sposób implementacji wyrażeń regularnych w edytorze ed wpłynął na powstanie takich narzędzi jak sed (stream editor) czy grep (global/regular expression/print). Ale wróćmy do edytorów tekstu. Rozwinięciem ed'a był napisany przez Billa Joy'a ex (EXtended), zawierał on wiele zmian ułatwiających edycję plików. Najważniejszą z nich było wprowadzenie trybu wizualnego, który wkrótce przerodził się w samodzielny edytor. Tak właśnie, w 1976 roku, powstał vi.

Vi powstawał już dla terminali z monitorami (Bill Joy używał terminala Lear-Siegler ADM-3A), wyświetlanie więcej niż jednej linii tekstu było już więc możliwe. Nadal jednak ograniczeniem była prędkość ówczesnych modemów.

Filozofia ZenVi(m)

Dlaczego tyle miejsca poświęciłem (pre)historii? Bo wydaje mi się, że poznanie kontekstu w jakim powstawał edytor vi pozwala lepiej zrozumieć i docenić dlaczego wygląda on i zachowuje się akurat tak a nie inaczej. Dlaczego jest tak różny od edytorów jakie używane są obecnie.

Tym co najbardziej na początku dziwi to modalność. Po pierwsze trzeba sobie uzmysłowić, że wpisywanie tekstu zajmuje tylko część czasu poświęcanego na edycję tekstu, czy kodu. O wiele więcej czasu spędzamy na poruszaniu się po tekście szukając miejsc, które wymagają poprawek. Dzięki wydzieleniu osobnych trybów do poruszania się po tekście, wykonywania poleceń i wpisywania tekstu, każdy z nich może może posiadać własny zestaw skrótów klawiaturowych i komend. Można więc do poruszania się po tekście wykorzystać klawisze leżące tuż pod palcami (korzystając z vi palce cały czas leżą na rzędzie podstawowym), bez potrzeby tworzenia niewygodnych skrótów z użyciem Ctrl, Shift, Alt.

Drugi problem to mnogość komend. Gdy jednak rozpoczniemy naukę vi przekonamy się, że wszystkie te komendy są do bólu logiczne i bardzo łatwe do zapamiętania. Przyjrzyjmy się przykładom edycji tekstu. Przejście do trybu wpisywania do tekstu to i (jak insert), lub a (jak append), kasowanie słowa to dw (jak delete word), zmiana 3 słów to c3w (jak change 3 words). Poruszanie się po tekście jest równie proste. Przejście do kolejnego słowa to w (jak word), na koniec słowa e (jak end), poprzednie słowo to b (jak back). I tak jest praktycznie ze wszystkimi komendami. Prościej chyba się nie da.

Obsługa vi to tak na prawdę rozmowa. Jak w powyższym przykładzie zmiany słów po prostu mówimy (i to praktycznie pełnym zdaniem!) co chcemy zrobić. Zmień znak, zmień tekst do końca linii, kasuj 2 słowa, kopiuj zdanie, kopiuj linię, idź do następnego zdania, idź do poprzedniego akapitu, ustaw wcięcie dla bloku tekstu objętego nawiasami klamrowymi, przejdź do kolejnego wystąpienia znaku. Wykonujemy polecenie na zakresie tekstu wskazanym przez ruch, lub na obiekcie tekstowym. Zamiast skakać strzałkami pomiędzy znakami możemy operować logicznymi fragmentami edytowanego tekstu. Jednym słowem maksymalna efektywność minimalnym kosztem.

Do tego możliwość zapamiętywania miejsc w tekście, wiele schowków, obsługa wyrażeń regularnych, rozbudowane komendy edytora ex, możliwość tworzenia makr, wielkie możliwości konfiguracyjne i gigantyczna baza pluginów. To wszystko sprawia, że vi jest bardzo uniwersalnym edytorem, który można dostosować do praktycznie każdego zadania. Do tego Vim dodaje szereg nowych możliwości, jak choćby możliwość pracy na wielu plikach jednocześnie (dzielenie okna, praca z kartami).

Jak się nauczyć?

Przede wszystkim nie można się bać vim'a. Owszem, wymaga on trochę czasu na zrozumienie sposobu działania, lecz nie jest taki straszny jak mogłoby się wydawać. Wystarczy kilka razy przerobić vimtutor, by nauczyć się podstaw pozwalających na swobodne poruszanie się po pliku i podstawową edycję. Potem zerknąć na ściągawkę oraz to wprowadzenie do vima. W wolnych chwilach dobrze jest też przeczytać sobie :help (świetnie napisany!). Choć i tak najważniejszy by po prostu zacząć używać vim'a na codzień.

________________
1 Jak wygenerować losowy ciąg znaków? Posadzić laika przed Vim'em i kazać mu wyjść z programu. (powrót)

środa, 31 marca 2010

Stało się, po kilku dniach używania Vimperatora nie wyobrażam już sobie Firefoxa bez niego. To naprawdę potężne narzędzie potrafiące zastąpić wiele dotychczas używanych rozszerzeń. Dziś parę słów o konfiguracji i kilku sztuczkach, jeszcze bardziej ułatwiających surfowanie.

.vimperatorrc

Plik .vimperatorrc służy do konfigurowania Vimperatora. Moje ustawienia Vimperatora można znaleźć w repozytorium w /configs/.vimparatorrc (jeśli ktoś chciałby ściągnąć na dysk może kliknąć "View raw file" po prawej). Najważniejsze elementy mojej konfiguracji:

set nextpattern=\\bnastępn,\\bdalej,\\bnext,^>$,^(>>|»)$,^(>|»),(>|»)$,\\bmore\\b
set previouspattern=\\bpoprzedni,\\bwstecz,\\bprev|previous\\b,^<$,^(<<|«)$,^(<|«),(<|«)$

Dzięki temu skróty ]] oraz [[ powinny prawidłowo przenośić do następnej lub poprzedniej strony również na stronach w języku polskim.

set "hinttags=//*[@onclick or @onmouseover or @onmousedown or @onmouseup or @oncommand or @class='lk' or @role='link' or @role='button' or @role='option'] | //input[not(@type='hidden')] | //a | //area | //iframe | //textarea | //button | //select | //xhtml:input[not(@type='hidden')] | //xhtml:a | //xhtml:area | //xhtml:iframe | //xhtml:textarea | //xhtml:button | //xhtml:select | //div[contains(@class,'J-K-I J-J5-Ji')]"

Oraz takie samo ustawienie zmiennej extendedhintatgs - rozszerzenie elementów, dla których dostępne są podpowiedzi. Głównie chodzi tu o strony silnie AJAXowe.

autocmd LocationChange .* js modes.passAllKeys = /(www\.google\.com\/reader|mail\.google\.com)/.test(buffer.URL)

Pozwala na automatycznie przejście w tryb PASS THROUGH dla Gmaila i Google Readera.

javascript <<EOF
(function(){
var feedPanel = document.createElement("statusbarpanel");
feedPanel.setAttribute("id", "feed-panel-clone");
feedPanel.appendChild(document.getElementById("feed-button"));
feedPanel.firstChild.setAttribute("style", "padding: 0; max-height: 16px;");
document.getElementById("status-bar")
.insertBefore(feedPanel, document.getElementById("security-button"));
})();
EOF

Ikona kanału RSS będzie się pojawiać obok adresu w pasku stanu (nie trzeba już sprawdzać za pomocą :pageinfo czy strona posiada zdefiniowane kanały).

Oraz oczywiście kilka dodatkowych mapowań klawiszy by było jeszcze wygodniej.

Pluginy

Pluginy do Vimperatora można znaleźć tutaj oraz tutaj. Po ściągnięciu należy umieścić je w katalogu .vimperator/plugin i zresetować Firefoxa (jeśli ktoś wie jak przeładować pluginy Vimperatora bez resetu niech da mi znać). Pluginy to po prostu kod JavaScript, nic więc nie stoi na przeszkodzie by napisać własne rozszerzenia.

Sam przygotowałem prosty plugin dodający komendy pozwalające na otwarcie paska narzędziowego Web Developer, okienka HttpFox, oraz faivconizowania otwartych kart. Dzięki temu mogę spokojnie wyłączyć pasek menu oraz usunąć niepotrzebne elementy na pasku statusu za pomocą Organize Statusbar.

Zestaw kolorów i ostylowanie paska kart

W folderze .vimperator/colors możemy umieścić pliki z definicjami kolorów dla samego Vimperatora (obecnie używany możemy zobaczyć wpisując komendę :hi), jak i zmieniające wygląda samego Firefoxa. Ja przygotowałem sobie styl kosciak-human. Zmiany to rozjaśnienie zbyt jaskrawych kolorów, ustawienie by pasek stanu był widoczny również w trybie Full Screen, przeniesienie paska kart na dół i ostylowanie go by przypominał Vimperatorowy pasek stanu (część kodu pożyczyłem ze stylu evening), przy zachowaniu kolorów motywu Human. Efekt można zobaczyć poniżej.

Vimperator ze stylem kosciak-human

W katalogu /configs/.vimperator/colors zamieściłem znalezione w sieci style. Większość z nich jest przeznaczona dla ciemnych motywów systemu.

Kilka tricków

Jeśli chcemy otworzyć kilka stron za jednym razem wystarczy, że ich adresy (lub słowa kluczowe) przedzielimy przecinkiem i spacją (lub innymi znakami określonymi w zmiennej 'urlseparator').

By otworzyć stronę z zakładek należy użyć komendy :bmarks [filter], filtrem może być fragment adresu, tytuł strony, tagi lub słowa kluczowe. Gdy już spis zakładek jest wyświetlony możemy użyć ;o, ;t lub ;b by otworzyć wybraną stronę w bieżącym oknie lub w nowej karcie.

Jeśli chcemy by polecenie zostało wykonane w nowej karcie (na przykład otwarcie pomocy z użyciem :help) wystarczy użyć komendy :tab

Do kopiowania i wklejania zawsze można użyć Ctrl-Insert i Shift-Insert, co przydaje się również gdy chcemy kopiować i wklejać tekst działając w linuksowej konsoli.

sobota, 27 marca 2010

Do kolekcji moich skryptów Greasemonkey poprawiających Blipa dołączył właśnie kolejny. Oto przed wami...

Blip.pl - Expand links and citations

Jak sama nazwa skryptu Blip.pl - Expand links and citations wskazuje (pisząc kod przełączam się na angielski) skrypt ma za zadanie rozwijać cytowania oraz linki. Co 2,5 sekundy sprawdza czy na stronie nie pojawiło się coś do rozwinięcia. Ot i cała filozofia. Poniżej mała prezentacja:

Blip.pl - rozwijanie linków i cytowań

Instalacja

Dla posiadaczy Firefoxa instrukcja w czterech prostych krokach:

  1. Instalujemy Greasemonkey
  2. Wchodzimy na stronę skryptu Blip.pl - Count online users
  3. Klikamy w wielki przycisk "Install"
  4. Wchodzimy na Blipa i cieszymy się rozwiniętymi linkami i cytowaniami

W Google Chrome działa bez problemu jako rozszerzenie. Posiadacze innych przeglądarek muszą poradzić sobie sami.

Changelog:

  • 0.1 - pierwsza wersja
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Spis Treści
Kanały RSS
Add to Google
Add to Netvibes