|
czwartek, 19 listopada 2009
Chyba każdy, od czasu do czasu, lubi sobie powspominać Stare Dobre Czasy. Każdy też, od czasu do czasu, lubi sobie pograć w jakąś fajną grę. Dlatego też postanowiłem napisać o jednej z najważniejszych gier jakie kiedykolwiek powstały. Grze, dzięki której rozpoczął się wielki boom na First Person Shooters. Grze, w którą grał chyba każdy, kto w latach dziewięćdziesiątych miał kontakt z pecetami. Tak, dobrze myślicie. Chodzi oczywiście o arcydzieło firmy id Software z 1993 roku... DOOM
Pojawienie się Dooma było niewątpliwie punktem zwrotnym w historii gier komputerowych. To było COŚ! Zupełnie nowa jakość. Zwłaszcza jeśli porównamy do wydanego półtora roku wcześniej, świetnego Wolfensteina 3D, który dał przedsmak tego co miał przynieść Doom. Niesamowita trójwymiarowa grafika (tekstury, gra świateł), świetny dźwięk i muzyka, rozbudowane poziomy, spory wybór broni i przeciwników... No i ten niesamowity, futurystyczny, naprawdę przerażający klimat! Klimat przez duże K, L, I, M, A i T! Tu trzeba dodać, że jeśli dobrze pamiętam, obok Mortal Kombat i Syndicate, była to najbardziej krwawa i brutalna gra komputerowa w tamtych czasach. Wydaje mi się, że dopiero Duke Nukem 3d oraz Quake, obie gry wydane w 1996 roku, przyćmiły sławę Dooma.
O setkach godzin spędzonych nad Doomem i Doomem II przypomniałem sobie całkiem niedawno, gdy natrafiłem na Doom Triple Pack - flashowy port gry (plus Hexena i Heretica) pozwalający na granie w okienku przeglądarki. No właśnie, flashowy... Z wszystkimi wadami tego rozwiązania (cóż, nie jestem wielkim fanem tej technologii)... Dlatego postanowiłem poszukać bardziej normalnego rozwiązania. Doom w UbuntuPierwszą myślą było uruchomienie gry w DOSBox'ie. Ale najpierw musiałbym poszukać instalatora gry, potem pewnie trochę powalczyć z konfiguracją dźwięku, ustawieniem klawiatury, nie mając pewności czy na pewno wszystko będzie działać jak należy. Odpaliłem więc Synaptica, wpisałem w pole wyszukiwania "doom" i już miałem wszystko (no, prawie wszystko) co potrzeba. W repozytorium znajdziemy:
Jeśli zależy nam na ja knajwierniejszym odtworzeniu działania Dooma możemy wybrać Chocolate Doom zamiast PrBoom. Warto też zerknąć na The Doom Wiki, można tam znaleźć linki do jeszcze kilku silników. Niektóre z nich (jDoom, Doomsday Engine, ZDoom) całkowicie odmieniają Dooma dodając wysoką rozdzielczość i pełne 3D, zarówno jeśli chodzi o poruszanie się jak i modele. Ja pozostałem przy PrBoom - grafika jest lepsza niż w Chocolate Doom, przy pełnym zachowaniu klimatu gry. Jeśli mamy jeszcze gdzieś na dysku (czy płycie) oryginalną wersję Dooma lub Dooma II (lub któryś z dodatków: Ultimate Doom, TNT:Evilution, The Plutonia Experiment, Final Doom) wystarczy skopiować plik doom -iwad /usr/share/games/doom/NAZWA_PLIKU_WAD.wad Najwygodniej jest po prostu dodać do menu skróty z wpisaną już ścieżką do plików wad. Ja na początku miałem drobne problemy z muzyką. Wystarczyło zmienić w Doom po latachNa pewno sentyment do tej wspaniałej gry robi swoje. niezaprzeczalnym jest, że mimo upływu kilkunastu lat gra nadal się broni. Może i technicznie bardzo się zestarzała - rozpikselowana grafika, muzyka w MIDI, przestarzały silnik, brak rozbudowanej fizyki, czy AI przeciwników. Ale to nie ma żadnego znaczenia! Nadal jest to, co jest najważniejsze - klimat, klimat i jeszcze raz klimat. Może, nie jest już tak przerażająca jak kiedyś, ale nadal trzyma w napięciu i potrafi zaskoczyć.
wtorek, 17 listopada 2009
Przygotowanie nowego szablonu było jedynie początkiem zmian na blogu. Drugim etapem jest przygotowanie różnych dodatków i usprawnień, które ułatwią nawigację na blogu jak i zniwelują ograniczenia samego Bloxa. O części, zwijanym archiwum i zakładkach, można już było przczytać w poprzedniej notce (jak i dowiedzieć się, jak coś takiego zrobić u siebie). Dzisiaj o kolejnych zmianach. Zakładki na wszystkich stronachSpore różnice w zawartości pomiędzy stroną główną a stronami wpisów i statycznymi jest czymś co od zawsze mnie denerwowało na Bloxie. Brak listy kategorii, archiwum, zakładek, zostaje jedynie spis ostatnich notek. Rozwiązania są w zasadzie dwa. Pierwsze to rezygnacja z bloxowych zakładek i przeniesienie wszystkiego do pola na kod HTML. Niestety ograniczenie wielkości pola daje się dość szybko we znaki. Drugie rozwiązanie to dynamiczne załadowanie zakładek za pomocą technik AJAXowych. Tu natomiast musimy się liczyć z dłuższym czasem ładowania strony (kolejne wywołanie) i nie wyświetleniem się zakładek u osób z wyłączonym JavaScriptem. Ja zdecydowałem się na rozwiązanie pośrednie. Na stronie głównej zostawiłem normalne zakładki, natomiast na podstronach ładowane są dynamicznie.Teraz tylko muszę pamiętać by wprowadzać wszystkie zmiany zarówno na Bloxie jak i w osobnym pliku. PodpowiadaczZ Podpowiadacza jestem szczególnie zadowolony. Efekty jego pracy od kilku dni można zobaczyć pod treścią wpisów:
Dodawane są linki do tagów Delicious bloga, oraz co najważniejsze, na podstawie tagów wybierane są 4 wpisy, które powinny być najbliższe tematycznie aktualnie czytanej notce. Mam cichą nadzieję, że uda się w ten sposób choćby jeszcze przez chwilę utrzymać odwiedzających na blogu. A może nawet zachęcić do dodania bloga do zakładek, czy też zasubskrybowania kanału RSS. Czy to działa? Na razie chyba za wcześnie by móc w pełni oceniać ale wydaje mi się, że tak. Zupełnie przypadkowa osoba i tak przeczyta jedynie notkę zwróconą przez Google, ale już osoba zainteresowana określonym tematem częściej przegląda zaproponowane wpisy. Na pewno sporo zależy od tego skąd dany czytelnik do mnie trafił i czego poszukiwał. Nie bez znaczenia jest też trafność podpowiedzi, nad którą cały czas pracuję poprawiając dobór tagów dla poszczególnych wpisów. Losowa notkaTo taki mały eksperyment, który dzisiaj wystartował i na pewno wymaga jeszcze dopracowania. Po kliknięciu w link Losowa strona w zakładkach lub Przeczytaj losowy wpis w spisie podobnych wpisów zostaniemy przeniesieni do losowo wybranej notki z wszystkich jakie do tej pory pojawiły się na blogu. Technikalia i przyszłość PodpowiadaczaWśród bloxowych blogów podobne rozwiązanie widziałem jedynie u s.z.y.m.o.n.a. U niego działa to z wykorzystaniem jedynie JavaScriptu podpowiadając tylko z zbioru kilku ostatnich wpisów. Ja zdecydowałem się na zupełnie inne rozwiązanie by moć wybierać podobne wpisy z wszystkich do tej pory publikowanych na blogu. Pobieranie danych z Delicious i wybieranie podobnych wpisów w całości odbywa się na zewnętrzym serwerze. Na blogu skrypt pobiera jedynie w formie JSON spis tagów oraz dane polecanych notek. Otwarta pozostaje kwestia udostępnienia Podowiadacza innym użytkownikom. Na razie aplikacja nie jest do tego przystosowana i wymaga kilku mniej lub bardziej poważnych przeróbek i sporej ilości testowania. Sam jeszcze nie wiem czy chce mi się poświęcić czas na te zmiany. Wszystko zależy od tego czy jest w ogóle zainteresowanie Podpowiadaczem i jak ono jest duże. Jeśli ktoś jest zainteresowany niech więc pisze. Na razie niczego obiecać nie mogę, ale kto wie.
sobota, 14 listopada 2009
Podczas przygotowywania nowego szablonu dla mojego bloga natrafiłem na problem z archiwum i zakładkami - zajmowały zdecydowanie za dużo miejsca. Rozwiązanie było tylko jedno - użyć skryptu pozwalającego na ich zwijanie i rozwijanie. Gotowe rozwiązania (ich listę można znaleźć na końcu wpisu) mi nie odpowiadały i postanowiłem napisać coś swojego. A jako, że nie lubię wyważać otwartych drzwi skorzystałem z biblioteki jQuery, dzięki której bardzo łatwo można dodać na stronie odrobinę magii. MożliwościEfekty działania skryptu można podziwiać u mnie na blogu. Po załadowaniu grupuje archiwum latami i pozostawia rozwinięty jedynie rok bieżący.
Kliknięcie na rok rozwija / zwija listę miesięcy. Na podobnej zasadzie można też zwijać i rozwijać wybrane foldery zakładek. Jako "gratis" dorzucam jeszcze wyróżnianie komentarzy autora. Instrukcja obslugi1. Pobieramy skrypt blox_zwijarka_by_KosciaK.js i dodajemy do plików na swoim blogu (Notki → Pliki → Nowy plik) 2. Wstawiamy do pola na kod HTML (Ustawienia → Boczna szpalta) następujący fragment: <script type="text/javascript" src="http://ajax.googleapis.com/ajax/libs/jquery/1.3/jquery.min.js"></script> Teoretycznie biblioteka jQuery na serwerach Google powinna być zawsze dostępna. Jeśli jednak wolimy mieć wszystko u siebie zawsze możemy pobrać jquery.min.js (wymagane jest jQuery w wersji 1.3.x), wstawić do zasobów bloga i zamienić pierwszą linię na: <script type="text/javascript" src="/resource/jquery.min.js"></script> 3. Pora na konfigurację. W polu na kod HTML za wstawionymi powyższymi liniami dodajemy: <script type="text/javascript"> Zamiast <script type="text/javascript" src="/resource/jquery.min.js"></script> Jeśli nie chcemy wyróżniać naszych komentarzy, czy też zwijać folderów zakładek, po prostu kasujemy całą linijkę " 4. Wprowadzamy konieczne zmiany do arkusza CSS (Wygląd → Edycja CSS) dodając na końcu arkusza: .hide {
W archiwum poszczególne miesiące jak poprzednio posiadają klasę Komentarze autora bloga otrzymują dodatkową klasę: Warunki korzystaniaSkrypt można swobodnie wykorzystywać i modyfikować. Jedynymi warunkami, które muszą być spełnione, jest pozostawienie informacji o autorze, oraz poinformowanie mnie o poprawkawkach znalezionych błędów. Wstawienie linka do mojego bloga do zakładek konieczne nie jest, acz bardzo wskazane :) Będę też wdzięczny za pozostawienie komentarza pod notką bym mógł się zorientować jakie jest zainteresowanie skryptem. Rozwiązania alternatywneZapraszam również do zapoznania się z rozwiązaniami alternatywnymi:
piątek, 13 listopada 2009
Dziś ^elcukro rzucił na Blipie ciekawy pomysł - policzenie obserwujących lub obserwowanych, którzy są online. Mając kwadrans wolnego czasu postanowiłem przypomnieć sobie co nieco z Greasemonkey i napisać skrypt, który rozwiązałby problem. Blip.pl - Count online usersNazwa skryptu Blip.pl - Count online users może nie jest szałowa, ale ważniejsze jest przecież jak działa, a nie jak się nazywa. A działa bardzo prosto: zlicza obserwujących lub obserwowanych na naszym kokpicie (lub innego użytkownika) i wyświetla tę informację w boksie po prawej. O tak:
I to w zasadzie tyle. InstalacjaDla posiadaczy Firefoxa instrukcja w czterech prostych krokach:
Posiadacze innych przeglądarek muszą poradzić sobie sami. Changelog:
Jeśli sam się nie pochwalę to nikt inny tego nie zrobi. A chyba jest czym się chwalić:
Mój blipowy bot ^obserwator, który powiadamia innych użytkowników, kto przestał ich obserwować, od około tygodnia pojawia się na liście TOP100 użytkowników Blipa (po włączeniu wyświetlania na liście firm i botów).
czwartek, 12 listopada 2009
Jak co pół roku, przy okazji premiery nowych wydań Ubuntu, w blogosferze i mikroblogosferze, na krótką chwilę, tematem numer jeden stają się Ubuntu i systemy linuksowe. Pojawiają się relacje z instalacji najnowszej wersji Ubuntu lub aktualizacji wersji poprzedniej, tym żywsze, im bardziej kontrowersyjne zmiany wprowadzono i im więcej problemów się pojawia. Nie mogło być inaczej przy okazji wydania Ubuntu 9.10, w końcu to obecnie jedna z najpopularniejszych dystrybucji Linuksa. Nie brak też pytań, czy nowe Ubuntu jest już systemem operacyjnym dla zwykłego użytkownika. A może żaden linux nigdy takim systemem nie będzie? Rodowód LinuksaNa początku trzeba cofnąć się w czasie i zdać sobie sprawę z rodowodu Linuksa. O ile Windows powstawał jako graficzna nakładka na DOS (system stosunkowo prosty, jednoużytkownikowy, jednozadaniowy) i z założenia miał być systemem dla komputerów osobistych, tak w przypadku Linuxa, wywodzącego się z systemów uniksowych, wyglądało to zupełnie inaczej. Unix od początku był systemem wielozadaniowym, wieloużytkownikowym, stawiającym na bezpieczeństwo i stabilność, silnie związanym z rozwojem internetu, przeznaczonym raczej dla serwerów i stacji roboczych. Właśnie ta różnica w założeniach ma fundamentalne wręcz znaczenie. Nie zapominajmy też kto (i dla kogo) tworzył Linuksa. Chyba bardzo nie przesadzę jeśli powiem, że jest to system tworzony przez programistów, administratorów, hakerów i geeków tworzony dla programistów, administratorów, hakerów i geeków. Wolność, otwartość i możliwość wyboruNie bez znaczenia jest filozofia stojąca za Linuksem, który jest wolny, otwarty i daje wybór. Jednak zwykły użytkownik po prostu chce by system operacyjny, oprogramowanie działało i tyle. A o żadnych filozofiach słuchać nie chce. Otwartość źródeł? Dobre sobie... nawet gdyby chciał grzebać w źródłach (a grzebanie w źródłach to ostatnia rzecz jakiej by chciał) i tak nie ma dość wiedzy i umiejętności. Wolność? No niby fajnie, że jest za darmo ale po co dorabiać do tego ideologię? Wybór? Ale po co zwykłemu użytkownikowi wybór? Prawda jest taka, że zwykły użytkownik nie lubi i nie chce wybierać. Jak ma podjąć decyzję skoro nie ma dostatecznej wiedzy na temat oferowanych alternatyw. A po co ma poświęcać swój czas i energię na ich poznanie, skoro on tylko chce wykonać jakieś proste zadanie. Tak na prawdę te całe internety i komputery nic a nic go nie obchodzą. Zwykły użytkownik nie czuje potrzeby dokonywania zmian, możliwość zmienienia tapety zupełnie mu wystarcza. W Windowsie wszystko jest proste - jedna powłoka systemu, jedno środowisko graficzne, jeden menadżer okien, jeden menadżer plików, jeden pulpit, jedna przeglądarka... W zasadzie wszystko jest pojedyncze. A w przypadku wszelkich pytań systemu wystarczy kliknąć "Tak", "Dalej", "OK". A w Linuksie osobę, która nie ma pojęcia (i nie chce mieć, bo go to zupełnie nie obchodzi) zmusza się do ciągłego podejmowania decyzji, czytania i odpowiadania na setki pytań. W dodatku wmawia mu się, że to dla jego dobra i wygody. Możliwości systemów *nixowychOwszem, możliwości systemów unixo-podobnych są imponujące. Jednak , nie ma się co czarować. Zwykłego użytkownika większość z nich zupełnie nie obchodzi i nie dotyczy. Niech mi ktoś powie czy zwykły użytkownik kiedykolwiek:
Powiem krótko: NIE! Dla zwykłego użytkownika to wszystko jest zupełną abstrakcją. Potrzeby zwykłego użytkownikaZwykły użytkownik chce przejrzeć pocztę, pogadać przez GG, wejść na Naszą Klasę, pograć na Kurniku, pogadać przez Skype, obejrzeć film i posłuchać muzyki. Tak po prostu. Bez kombinowania i szukania. Bez zastanawiania się czy dana biblioteka jest dostatecznie wolna i otwarta. Bez zaprzątania sobie głowy czy dany program jest napisany w GTK+, Qt, FLTK, Tk, wxWidget, SWT, Swing, czy czymkolwiek innym i jak to będzie wyglądać w danym środowisku graficznym. Ma po prostu działać. Zwykły użytkownik chce do swojego komputera podłączyć słuchawkę do Skype'a, klawiaturę z klawiszami multimedialnymi, aparat fotograficzny, komórkę, drukarkę, czy urządzenie wielozadaniowe. I nic go nie obchodzą jakieś tłumaczenia o zamkniętych sterownikach pisanych tylko dla Windowsa, czy sugerowanie by przed zakupem sprawdzić wsparcie dla danego urządzenia. Zwykły użytkownik uznaje za oczywiste hibernowanie i usypianie systemu na laptopie oraz system oszczędzania baterii i nie zrozumie żadnych tłumaczeń jeśli funkcje te nie działają. Zwykły użytkownik chce bez problemów otworzyć i przeczytać ściągnięty dokument i ma w du^H^Hgdzieś kwestie standardów, otwartych i wolnych formatów, czy panującego windowsocentryzmu. Niestety, potrzeby zwykłego użytkownika są zupełnie inne (a czasem nawet stoją w sprzeczności) z potrzebami dotychczasowych użytkowników Linuksa - programistów, administratorów, hackerów i geeków. W końcu kto o zdrowych zmysłach podłączałby słuchawkę dla Skype do serwera? Na co komu flashowe gry w tekstowej przeglądarce internetowej? Ubuntu - bliskie ideału?Wróćmy do wspomnianego na początku Ubuntu. Z wydania na wydanie coraz bardziej zbliża się do tego co można by nazwać systemem dla zwykłego użytkownika. Banalnie prosta instalacja (według mnie łatwiejsza niż instalacja takiego Windowsa XP, ale w sumie który zwykły użytkownik samodzielnie instaluje sobie system operacyjny?), mnóstwo kreatorów, podpowiadaczy... Prawie wszystko można wyklikać w trybie graficznym i nie trzeba włączać znienawidzonej przez zwykłego użytkownika konsoli. W dodatku, w przeciwieństwie do Windowsa, system jest już gotowy do pracy i ma prawie wszystkie potrzebne w normalnej pracy programy, a jeśli nie ma wystarczy kilka klików by je zainstalować. Podłączenie drukarki, skanera, kamery, słuchawki nie wymaga instalowania kilkuset megabajtów sterowników i śmieciowego oprogramowania. System działa stabilnie i z czasem nie puchnie "sam z siebie". System prawie idealny. Pod jednym, jedynym warunkiem... Nie mogą się pojawić żadne problemy. Nie ma tu zupełnie znaczenia czy to problem ze sprzętem, systemem, niezgodnością pakietów, złą konfiguracją. Czy to problem zawiniony przez użytkownika czy nie. Rozwiązanie problemu wymaga wiedzy i umiejętności, a początkujący użytkownik Linuksa najczęściej nawet nie będzie w stanie nazwać problemu. Nawet jeśli jest osobą "techniczną", a nie zwykłym użytkownikiem (patrz ostatnie "przygody" Pawła Wimmera z Ubuntu i Mandrivą). Nawet jeśli rozwiązanie problemu można łatwo odnaleźć na forach i blogach najczęściej wymaga wykonania kilku "magicznych sztuczek" w konsoli czy edycji różnych systemowych plików. A równie dobrze jedyne co uda się znaleźć to raporty błędów, które od lat pozostały nienaprawione. Oczywiście pracując na Windowsie użytkownik również narażony jest na różne problemy. Wirusy, trojany, konflikty sprzętu, spowolnienie systemu z powodu śmieciowego oprogramowania, nagłe zawieszenia się systemu. Też czasem trzeba coś ustawić w rejestrze systemowym, uruchomić z linii poleceń. Jednak zwykły użytkownik zawsze znajdzie w swojej rodzinie, czy wśród znajomych kogoś, kto mu pomoże rozwiązać problem. W przypadku Linuksa na taką pomoc zazwyczaj nie ma co liczyć. Zrażony pierwszymi niepowodzeniami zwykły użytkownik zrobi to, co zawsze robił w takich sytuacjach - poprosi kogoś o sformatowanie dysku i przeinstalowanie systemu. Tym razem znanego mu już Windowsa. PodsumowującSam jestem dowodem na to, że Linux z powodzeniem może stać się podstawowym systemem operacyjnym, który poradzi sobie ze zdecydowaną większością codziennych (i niecodziennych) zadań. Ubuntu na desktopie sprawuje się znakomicie i czasem potrafi rozleniwić jeszcze bardziej niż Windows. Trzeba się naprawdę postarać by coś popsuć. Każdy, kto ma głowę na karku i choć odrobinę chęci by nauczyć się czegoś nowego, poradzi sobie bez większych problemów. Jednak zwykłemu użytkownikowi - osobie, która nie rozumie komputera i odrobinę się go nawet boi, Linuksa nigdy bym nie polecił. To nadal nie jest system dla niego. Cóż, Linux (a przynajmniej niektóre dystrybucje) dopiero od niedawna stara się stać systemem dla zwykłego użytkownika i obawiam się, że jeszcze długo (o ile w ogóle) to się nie uda. I żadne zaklinanie rzeczywistości niczego nie zmieni.
wtorek, 10 listopada 2009
Ostatnio na blogu dominowały dosyć ciężkie i poważne tematy. Nawet pisząc o świetnej grze World of Goo nie obyło się bez kwestii marketingu, dystrybucji i e-commerce. Dlatego dzisiaj coś lekkiego i przyjemnego. W dodatku bez zbędnej pisaniny. Oto przed wami mój bardzo subiektywny przegląd komiksów internetowych. Jeśli masz dość odwagi by przekonać się dlaczego moje poczucie humoru jest całkowicie wypaczone i nie boisz się stracić masy czasu na przeglądaniu archiwów stripów komiksowych czytaj dalej.
poniedziałek, 09 listopada 2009
Jeśli miałbym wskazać polskie platformy blogowe, z których najczęściej korzystam jako czytelnik, byłyby to niewątpliwie Blox.pl oraz Jogger.pl. Każda z nich jest inna - różnią się filozofią działania, są skierowane do zupełnie różnych grup blogerów jak i czytelników. Jednak czymś, co różni je najbardziej, jest sposób promowania blogów pisanych na danej platformie. Ostatnio zastanawiałem się jaki to ma wpływ na sposób ich czytania i nawyki czytelników. Blox.pl
Po wejściu na stronę główną serwisu pierwszą rzeczą jaką zauważymy jest lista najnowszych notek. Niestety jest to tylko tytuł wpisu i nick autora, brak tytułu bloga, zajawki tekstu. Po lewej lista polecanych blogów, ciężko jednak stwierdzić według jakie klucza są one dobierane. Po prawej box z listą kilku blogów Syndykatowych oraz normalnych z wybranej kategorii. Niżej kilka blogów promowanych przez Agorę. Jednak, przynajmniej mnie, jakoś nic nie zachęca do kliknięcia. Teoretycznie jest jeszcze lista TOP1000 wszystkich blogów i TOP10 dla poszczególnych kategorii, jest Syndykat, jest Katalog kategorii, ale moim zdaniem gdzieś schowane i jeśli się o nich nie wie może być kłopot z dotarciem do nich (szczególnie jeśli chodzi o katalogi). Nie można zapominać, że Blox.pl przy blisko 150 tysiącach blogów trudno nazwać miejscem elitarnym i oczywiste jest, że ma to ogromny wpływ na sposób promocji blogów. Przy setkach nowych wpisów dziennie nie jest łatwo znaleźć satysfakcjonującego dla wszystkich blogerów rozwiązania. Trochę pomaga pojawiający się przy przeglądaniu blogów (i znienawidzony przez wielu) box pokazujący podobne blogi oraz wzbudzające dyskusje. Jednak nadal to niewiele. Jogger.pl
Jogger.pl będąc stosunkowo małą platformą (niestety nie widzę nigdzie informacji o ilości blogów z blisko 6 tysiącami zarejestrowanych kont) może sobie pozwolić na zupełnie inny sposób prezentacji blogów. Na stronie głównej znajdziemy listy najpopularniejszych i najczęściej komentowanych blogów oraz, co chyba najważniejsze, listę najnowszych wpisów (publikowanych na poziomie 0). Mamy tam tytuły notek, autorów, liczbę komentarzy, tagi przypisane notce oraz treść wpisu (całość lub tylko fragment). Wszystko podane w bardzo przejrzysty i czytelny sposób (wręcz uwielbiam joggerowy design!). Grzechem byłoby nie wspomnieć o Techblogu - wydzielonym serwisie promującym wpisy stricte techniczne. Nic tylko przeglądać, czytać i klikać dalej. Pierwsze wnioskiNa pierwszy rzut oka wszystko wydawało mi się proste i oczywiste. Szanse na to, że ktoś trafi na naszego bloxowego bloga i na nim pozostanie dzięki wsparciu platformy nie są zbyt duże. Jesteśmy jednymi z tysięcy blogerów i sami musimy powalczyć o nowych odwiedzających i ich utrzymanie. Z drugiej strony jest Jogger, gdzie jak mi się zdaje (piszę z pozycji czytelnika z zewnątrz, nie użytkownika platformy), o wiele łatwiej o promowanie naszego bloga i pojawiających się na nim wpisów. Możemy być pewni, że nasza notka zostanie zauważona przez wszystkich odwiedzających stronę główną Joggera. Wydaje się, że powinno być tu o wiele łatwiej. Czy aby na pewno? Niedawno, podczas porządków w czytniku RSS, zauważyłem coś co mnie bardzo zdziwiło. O ile kanałów do blogów na Bloxie mam sporo tak joggerowych ledwie kilka. Nie dawało mi to spokoju, przecież ilość czytanych wpisów z bloxa i joggera jest zbliżona, może nawet z przewagą blogów joggerowych. Wczoraj mnie olśniło! Wpływ na sposób czytania i postrzeganie blogówGdy natrafię na ciekawy blog na Bloxie jestem niejako zmuszony dodać go do zakładek lub zasubskrybować kanał RSS. Jeśli tego nie zrobię prawdopodobnie będę miał spore trudności w ponownym dotarciu do niego. Czy tego chcę, czy nie muszę stać się stałym czytelnikiem a przynajmniej zrobić krok w tym kierunku. W przypadku Joggera sprawa wygląda zupełnie inaczej. Dzięki świetnej stronie startowej i małej ilości nowych notek, tak na prawdę wcale nie muszę odwiedzać poszczególnych blogów ani dodawać ich kanałów do czytnika. Wystarczy wejść na stronę główną Techbloga lub Joggera i przejrzeć ostatnie notki. Klikam dalej tylko gdy chcę przeczytać komentarze lub zainteresował mnie początek wpisu a na stronie głównej jest tylko zajawka. Najczęściej po przeczytaniu całej notki, komentarzy wracam do strony głównej Joggera w poszukiwaniu kolejnych ciekawych treści, zamiast przeglądać zawartość znalezionego bloga. Paradoksalnie, przez zbyt dobrą prezentację na stronie głównej Jogger odciąga mnie od zapoznania się z poszczególnymi blogami. Mimo, że kojarzę i rozpoznaję wielu autorów to traktuję ich bardziej jako całość w kateogrii "Piszących na Joggerze" niż samodzielnych bloggerów. Często nawet miałbym kłopot z przypomnieniem sobie nazwy czy adresu poszczególnych blogów, czy wskazaniem kto konkretnie napisał daną notkę (mimo, że mnie zaciekawiła). W przypadku blogów na Blox tego problemu nie mam. Tu poszczególne blogi są dla mnie osobnymi bytami i wiem co, na którym przeczytałem.
Zastanawiam sie czy to ze mną coś nie tak, czy u innych blogo czytaczy też występuje podobne zjawisko. Czy rzeczywiście efekt, o którym wspominam jest tak silny w przypadku czytelników nie będących zarejestrowanymi na Joggerze.
sobota, 07 listopada 2009
Jeszcze do niedawna bloger nie miał zbyt wielu możliwości zareklamowania swojego bloga. A te dostępne były skomplikowane (dogadywanie się z każdym wydawcą z osobna i ustalanie warunków) lub potwornie drogie (jeśli w grę miałby wchodzić jakiś duży wydawca. Na szczęście pojawiło się AdTaily, dzięki któremu rozpoczęcie kampanii to teoretycznie tylko kilka kliknięć. W praktyce okazuje się, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Zareklamować, ale co?Na początku musimy sobie zadać jedno fundamentalne pytanie. Co tak naprawdę chcemy reklamować? Bloga jako całość, określoną kategorię (lub tag) czy może konkretne wpisy. Przy słabo sprofilowanym blogu decyzja może być dosyć trudna a ma kluczowe znaczenie dla powodzenia kampanii. Najgorsze co może się stać to gdy klikający w naszą reklamę trafi na stronę, która go zupełnie nie zainteresuje. Oczywiście spore znaczenie ma tutaj określenie gdzie będziemy się reklamować, na ile reklamowana treść ma być dopasowana do tematyki strony wydawcy. Poszukiwania wydawcyZanim zaczniemy przygotowywać swoją kreację reklamową warto najpierw poszukać wydawcy. Niestety w obecnym momencie sam proces znajdowania interesujących nas serwisów jest bardzo utrudniony. Jeśli ograniczylibyśmy się tylko do oficjalnych narzędzi, pozostaje nam sprawdzanie cen w napotkanych widgetach i żmudne przeglądanie mało funkcjonalnych katalogów tematycznych na stronie AdTaily. Ewentualnie możemy sprawdzić tag #AdTaily i #AAAdTaily na blipie i na Flakerze, gdzie wiele osób informuje o promocjach. By ułatwić poszukiwania przygotowałem Alternatywny Katalog AdTaily, który oprócz podania liczby odsłon reklamy i ceny podaje również CPM oraz pozwala sortować i filtrować serwisy, jak i sprawdzić podstawowe statystyki katalogów. Dzięki temu łatwiej jest zorientować się, gdzie w ogóle opłaca się nam wstawić swoją reklamę. Po przejrzeniu katalogów zauważyłem, że cenowo najbardziej opłacalni są duzi wydawcy, mogący się pochwalić kilkoma tysiącami odsłon dziennie. Najczęściej to właśnie u nich CPM (koszt tysiąca odsłon) jest najniższy. Niestety musimy się liczyć z wysokimi kosztami rzędu 20 - 50 złotych za dzień emisji. Dla osoby prowadzącej blog hobbistycznie to może być zbyt wysoka cena pojedynczej kampanii. Drugim rozwiązaniem jest reklama w długim ogonie, na podobnych do nas blogach. Niestety tutaj, jeśli weźmiemy pod uwagę CPM, najczęściej jest dość drogo. Mimo że jako wydawca w pełni to rozumiem (nawet wspominałem o tym w poprzedniej notce), jako reklamodawca nie mogę sobie pozwolić na zbyt duże ryzyko związane z małą liczbą odsłon (nawet w przypadku ceny rynkowej). Pozostaje szukać blogów z cenami promocyjnymi i poprowadzić równolegle kampanie na kilku serwisach. Pamiętajmy też, że jeśli reklama ma być skuteczna, musi być dopasowana do treści prezentowanych na stronie wydawcy. Co z tego, że u kogoś reklama jest bardzo korzystna, skoro jego czytelnicy nie będą zainteresowani naszym blogiem. Z tego względu znowu musimy odrzucić część serwisów. Przygotowanie kreacjiJeśli już wiemy, co i gdzie chcemy reklamować, musimy przygotować reklamę. Dla kogoś, kto nie jest grafikiem, może to być sporym problemem. Zwłaszcza że kwadrat 125 na 125 narzuca sporo ograniczeń. Przygotowanie czegoś estetycznego, zwracającego uwagę czytelnika i zachęcającego do kliknięcia nie jest proste. Trochę może pomóc poradnik przygotowany przez Pawła Opydo. Przeczytamy w nim o najważniejszych zasadach, czym jest Call To Action i dlaczego jest ważne. EfektyPo zakończeniu kampanii dobrze jest sprawdzić jej efektywność. Nie jest to tak proste i oczywiste jak na przykład w przypadku sklepu internetowego, gdzie możemy sprawdzić czy nastąpił wzrost sprzedaży. Przede wszystkim musimy sobie uzmysłowić po co w ogóle reklamujemy bloga. Czy ważna jest dla nas jedynie liczba nowych odwiedzających, czy może ważniejsza jest dla nas jakość wygenerowanego za pomocą reklamy ruchu – ilość odwiedzonych stron, długość wizyty na stronie. Celem może być też zwiększenie liczby komentarzy czy ilości osób subskrybujących nasz kanał RSS. Dopiero po przeanalizowaniu statystyk bloga będziemy w stanie ocenić czy kampania zakończyła się sukcesem i można ją kontynuować, czy też nie przyniosła oczekiwanych wyników. Z początku może to być trudne, bo bez doświadczenia w reklamie tak naprawdę nie wiadomo czego się spodziewać, czy uzyskane wyniki są satysfakcjonujące, czy też nie. Moje doświadczeniaNa razie nie jest zbyt duże. To dopiero kilka niewielkich kampanii, jedne bardziej udane, inne mniej. W sumie głównie po to by przekonać się jak to w ogóle działa, jakich efektów można się spodziewać inwestując w kampanie nie więcej niż równowartość piwa. Do tej pory najbardziej zadowolony jestem z kampanii na Flakerze reklamującej wpis Flaker.pl – potencjalnie smakowity serwis. Mimo że wpis był już znany wielu flakerowiczom, udało mi się dzięki reklamie włączyć w dyskusję o kondycji Flakera, a sam wpis był kilkukrotnie cytowany i komentowany. Zgodnie z przewidywaniami najbardziej opłacalna okazała się reklama u najbardziej znanych i aktywnych flakerowiczów, w przypadku mniej popularnych (wybranych ze względu na cenę) zanotowałem jedynie pojedyncze kliknięcia. Ostatnia kampania promująca wpis o Blipowej etykiecie na Blipi.pl też wygenerowała trochę wejść na bloga. Spodziewałem się odrobinę lepszych efektów, ale nie mam też powodów do narzekania. Dodam, że reklama ta jest też najlepiej klikającą się reklamą własną. Natomiast kampanię promującą mój cykl o Subversion muszę nazwać porażką. Na jednym z dwóch blogów, na których się reklamowałem nie miałem ani jednego kliknięcia... Na drugim kilka kliknięć było, ale w sumie niewiele. Sam nie wiem czy to bardziej kwestia niszowości tematu, wybranego czasu emisji (weekend), czy niewielkiego zasięgu blogów wydawców. Możliwe, że zawiodła sama kreacja. Próbowałem zastosować zdecydowany CTA umieszczając coś co miało przypominać button z napisem „Przeczytaj” ale nie jestem zbyt zadowolony z efektu jaki udało mi się uzyskać. Jeśli znajdę jeszcze jakieś blogi czy fora programistyczne z atrakcyjną ceną reklamy na pewno spróbuję ponownie. Plany na przyszłośćMimo że jak na razie moje wydatki na reklamę AdTaily przekraczają przychody jako wydawcy, na pewno jeszcze się skuszę na niejedną kampanię. Na pewno spróbuję z reklamą bloga jako całości. Kusi też sprawdzenie efektów reklamy u któregoś z większych wydawców, bardzo zachęcająco wygląda na przykład strona główna Bloxa.
piątek, 06 listopada 2009
Jeśli miałbym wybrać coś, co w ostatnim czasie najbardziej namieszało w polskim internecie, chyba nie wahałbym się zbyt długo. Wskazałbym na AdTaily - serwis, któremu z sukcesem udało się zagospodarować niszę, traktowaną do tej pory po macoszemu – reklamę w długim ogonie internetu. Dotychczas to, co zarezerwowane było tylko dla dużych graczy, dostępne jest również dla takich jak ja blogerów. Dlaczego AdTaily?Co przekonało mnie do AdTaily? Przede wszystkim prostota. Szybka rejestracja w serwisie, podpięcie konta PayPal, wklejenie kodu widgeta na bloga i viola! Już jestem wydawcą. Bez potrzeby podpisywania skomplikowanych umów, bez udziału pośredników (nie licząc prowizji AdTaily). W dodatku mam kontrolę kto może się u mnie reklamować, jak i sam decyduję, na ile się wyceniam. Do tego bardzo korzystny dla wydawcy model rozliczeń – stała stawka za czas emisji. Można by rzec, że to ja dyktuję warunki i praktycznie od zaraz mogę zacząć zarabiać na pisaniu bloga. Niestety nie ma tak różowo, jak by się mogło wydawać. By móc cokolwiek zarobić, najpierw musi pojawić się reklamodawca, a bywa z tym różnie. Dlaczego? Powodów może być kilka. WyglądPrzede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że nie przyciągniemy reklamodawcy, jeśli widget będzie słabo wyeksponowany. Inne formy reklamy, kolorowe, migające bannery i obrazki również nie zachęcą do zamieszczenia reklamy na naszym blogu. W dodatku, jeśli blog będzie przeładowany różnymi zewnętrznymi skryptami opóźniającymi załadowanie się reklamy, też nie poprawimy swojej sytuacji (dodatkowo część odłon naszego bloga nie zostanie zliczona jako odsłony reklamy). Osobną kwestią jest dopasowanie wyglądu samej reklamy. Widget dobrze wkomponowany w szablon jest bardziej atrakcyjny. Z drugiej zaś strony niektórym może właśnie zależeć na silnym podkreśleniu, co na blogu jest reklamą, a co nie. Profil blogaProblemem może być też kwestia profilu tematycznego bloga. Jeśli tematyka jest zbyt szeroka, ryzykujemy, że potencjalny reklamodawca zrezygnuje z powodu zbyt słabego dopasowania treści bloga do produktu jaki chce zareklamować. Jeśli tematyka jest zbyt wąska, może się okazać, że w danej niszy po prostu nie ma reklamodawców zainteresowanych reklamą AdTaily, lub nawet niezdających sobie sprawy z istnienia tej formy reklamy. ReklamodawcyMusimy też w jakiś sposób dotrzeć do reklamodawcy. W końcu jak ma u nas kupić reklamę, jeśli nie jest w stanie do nas trafić i nie ma o naszym istnieniu pojęcia. W przypadku blogów o niewielkiej liczbie czytelników może to być sporym problemem. Mniej odwiedzających to mniejsza szansa na pojawienie się odwiedzającego z budżetem na reklamę. W dodatku, jeśli nasz blog generuje tylko kilkadziesiąt, sto wejść dziennie raczej nie jesteśmy zbyt atrakcyjni dla reklamodawcy. By reklama przyniosła efekt, musiałaby zostać zakupiona na stosunkowo długi okres. Nie czarujmy się, reklamodawcy chodzi o jak najwięcej kliknięć i jak najlepszą konwersję, a nie wspieranie biednych blogerów. W mojej obecnej sytuacji reklama to bardziej eksperyment i zabawa. Wydaje mi się, że na poważnie o reklamie na blogu można zacząć myśleć przy ponad 15 tysiącach odwiedzin dziennie. A i tak jeszcze ciężko mówić o możliwości dyktowania warunków. Na to mogą sobie pozwolić tylko nieliczni, najbardziej popularni blogerzy. CenaTu dochodzimy do najtrudniejszej kwestii, czyli wyceny i opłacalności emisji reklamy. Nie mając doświadczenia w reklamie tak na prawdę nie wiadomo ile można żądać za dzień reklamy. Ja posiłkowałem się wpisem Wyceniaj się rozsądnie na blogu AdTaily co i tak nie rozwiało wszystkich moich wątpliwości. Przy liczbie odsłon reklamy w okolicach 5 tysięcy miesięcznie powinienem ustalić cenę końcową na poziomie 50 - 70 groszy. W ten sposób CPM, czyli koszt tysiąca wyświetleń, wyniesie 3 - 4 złote, co jest rozsądną, rynkową ceną. Niestety po odliczeniu prowizji AdTaily do kieszeni trafia niewiele. Praktycznie stawia to pod znakiem zapytania opłacalność emitowania reklam. Już nie wspominając o tym czy tak niska wycena reklamy nie wpływa negatywnie na mój wizerunek. Jak to wygląda u mnie?Szczerze powiedziawszy, na razie na blogu nie miałem zbyt wielu reklam. W dodatku głównie od reklamodawców korporacyjnych. Nie uważam tego jednak za jakąś wielką tragedię. Prowadzenie bloga to dla mnie głównie zabawa, a ewentualne zyski to tylko miły skutek uboczny, a nie cel sam w sobie. Ważniejsza dla mnie jest możliwość zdobycia nowego doświadczenia w świecie marketingu w internecie, do czego nie miałem wcześniej okazji. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko pisać coraz lepiej, by przyciągnąć większą ilość czytelników a reklamy na pewno się pojawią. A wszystkich chętnych do zareklamowania się u mnie zapraszam do zapoznania się z informacjami o statystykach i skorzystanie z widgetu po prawej. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
» Blog
» Kontakt
» Moje
» Czytam i polecam
|